Drobne codzienne przykrości

adrien-robert-505048-unsplash
zdjęcie: Adrien Robert

Rano zaspałam, bo ani budzik, ani Ten Kot nie byli w stanie zwlec mnie z łóżka.

Obudziłam się zmęczona i z obolałym ciałem. Szczególnie dotkliwie czułam pulsujący ból w małym palcu u nogi, którym kilka dni wcześniej przyjebałam o futrynę i którego następnie  sukcesywnie dobijałam w wąskich szpilkach.

Ponieważ rano zawsze działam na zwolnionych obrotach i mam skłonność do zawieszania się, było absolutnie przesądzone, że się spóźnię do pracy. Co wprowadziło mnie w stan nerwowego rozdygotania, ale nie skłoniło do zdynamizowania porannych czynności (tajemniczy paradoks mojego życia).

Wychodząc spod prysznica, poślizgnęłam się na dywaniku łazienkowym i wyrżnęłam jak długa na posadzkę, robiąc jesień średniowiecza ze swojej kości ogonowej i łokcia (dwa najbardziej newralgiczne punkty na mapie mojego ciała- zawsze czemuś im się obrywa.)

Zanim się ubrałam, zdążyłam jeszcze przyciąć sobie rękę szufladą, zaciąć się nożem do krwi, wysypać na ziemię torbę płatków owsianych, ubabrać krwią spodnie, które właśnie założyłam i ubrudzić szkło kontaktowe kleksem z tuszu do rzęs.

Wyszłam z domu o 9.20 (zaczynałam pracę o 9.00), poczochrana, bez śniadania i w pogniecionych spodniach.

Nie będzie wielką tajemnicą, jeśli powiem, że reszta dnia nie była również usłana różami? Mój szef, który nigdy nie pojawiał sie w biurze przed 11.00 i nigdy nie było go w dniach, kiedy to ja przyjeżdżałam skoro świt, żeby dokończyć ofertę, tym razem oczywiście był. Rzucił mi ciężkie spojrzenie, gdy usiłowałam niespostrzeżenie zająć swoje miejsce (a dochodziła dziesiąta).

Poinformował mnie też oschle, że potrzebuje JUŻ raportu, który miał być na pojutrze. Coraz bardziej roztrzęsiona, czekałam, aż Windows skończy się aktualizować, w panice usiłując sobie przypomnieć, czy choćby rozpoczęłam ten raport.

Pierwszy posiłek udało mi się spożyć około czternastej (a ja BARDZO źle znoszę brak śniadania), w międzyczasie odebrałam kilka nieprzyjemnych telefonów od klientów i dostałam reprymendę z centrali za coś, co nie było moją winą.

Przez cały dzień wieszał się Internet w biurze i każda zakładka ładowała mi się kilka minut,  wszyscy złorzeczyli i narzekali, a szef informatyków uparcie twierdził, że u niego działa.

Pod koniec dnia właścicielka mieszkania, które wynajmowałam, przesłała mi rachunki za prąd i gaz, odbierając mi bezpowrotnie nadzieję na zakup torebki, która tak bardzo pomogłaby mi wyrazić siebie i aspirować do tego, czym i tak pewnie nigdy nie będę.

A gdy wracałam do domu, w tramwaju wysypała mi się zawartość torebki aktualnej, przez co przejechałam swój przystanek,  bo musiałam szukać na czworakach swoich tamponów i pomadek między nogami jakichś dresiarzy.

Do domu dotarłam utykając (mały palec ostatecznie odmówił współpracy) i  płacząc. I nie był to płacz metaforyczny, ale szczery, autentyczny ryk ze złości i bezsilności.

Myślałam sobie, że nienawidzę mojego życia, i całego świata. I że w sumie mogłabym już umrzeć, bo to wszystko nie ma sensu.

A potem, już w domu, w ulubionym dresie, z Tym Kotem na kolanach (ulitował się nade mną i zaszczycił mnie swoim towarzystwem na kwadrans) zaczęłam się zastanawiać.

Jak często zdarza mi się wkręcić w taki wir złych emocji i samoudręczenia tylko z powodu gorszego dnia? Dlaczego pozwalam, żeby tak się działo?

Przecież nawet jeśli następuje kumulacja, to nadal mówimy tylko o drobnych, codziennych przykrościach, z których przecież nasze życie też się składa. Ale nie tylko.

Tego dnia spotkało mnie też trochę miłych, drobnych rzeczy (uśmiech przystojniaka w tramwaju, gdy jechałam spóźniona i wkurwiona,  miły sms od siostry, życzliwość koleżanki z pracy, usiłującej mi pomóc w raporcie, miły mail od jednego z klientów, który bardzo mnie lubił).

Po prostu byłam tak nakręcona i zaślepiona w swoim wkurwie i fochu na cały świat, że ich nie dostrzegłam, nie robiły na mnie wrażenia w zalewie spraw nieprzyjemnych.

A może dysproporcja między tymi sprawami wcale nie była taka znacząca? Może spotkało mnie tyle samo, ale prawie tyle samo miłych drobiazgów, tylko były po prostu mniej efektowne niż wyrżnięcie tyłkiem o podłogę? Przecież pan ochroniarz rozpromienił się na mój widok, bo mnie uwielbia, a Robert z księgowości kilkakrotnie szukał pretekstu, żeby podejść do mojego biurka, mimo, że mógł wysłać maila!

Głaszcząc przebywającego już czternastą minutę na moich kolanach Tego Kota i wsłuchując się w jego monotonne mruczenie, pomyślałam sobie, że w moim życiu wydarzyły się rzeczy, które były naprawdę złe, które bardzo mocno mną zachwiały i na które kompletnie nie miałam wpływu.

I nie dałam się im pokonać. Podniosłam się, bo  przecież jestem badassem.

Tym bardziej nie mogę teraz dać się pokonać kilku  niemiłym sytuacjom w ciągu dnia!  Takie drobnostki nie mogą, nie są w stanie definiować mojego życia i mojego świata.

– Ale tyłek mnie boli bardzo- pożaliłam się Temu Kotu.- I łokieć. I mały palec u nogi.

Ten Kot popatrzył na mnie z politowaniem i zeskoczył mi z kolan. Skoro on był ponad to, to ja też mogłam.

 

Advertisements

6 thoughts on “Drobne codzienne przykrości

  1. Widocznie taki dzień też się musi zdarzyć od czasu do czasu. Najgorsze (i najlepsze) w nim jest to, że tak naprawdę nic takiego się nie stało (może poza tym wypadkiem małym, to mogło być niebezpieczne), ale nasze wkurzenie ma wielkość Rysów (patriotyczne odwołanie, nie żaden Mount Everest :D).
    p.s. zastanawia mnie to spowolnienie porannych ruchów, mój mąż ma to samo, nieważne czy wstanie godzinę szybciej czy trzy godziny, i tak będzie wybiegał z domu na ostatnią chwilę.

    Like

    1. Ja mam wrażenie, że czasami łatwiej zmagać się z jakimś prawdziwym, wielkim nieszczęściem (bo się możemy chociaż poczuć bohatersko), niż z taką serią upierdliwych drobiazgów… Co do spowolnienia porannego: ja mam identycznie, jak Twój mąż, w dodatku zdarza mi się też ZAWIESIĆ- jest późno, a ja siedzę na łóżku ze spodniami w ręku i spoglądam w siną dal, i to tak dobre parę minut! 😀

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s